Kiehls, Creme de Corps


Są takie marki, które lubimy, chociaż nie zawsze nam się sprawdziły. W przypadku Kiehl's miałam dokładnie taką samą sytuację - nie sprawdził mi się zarówno szampon Amino Acid (tak wysuszonej skóry głowy nie miałam od dawna), ani Midnight Recovery Concentrate (przy dłuższym używaniu bardzo mnie zapycha, ogromna szkoda!!). Jednak za każdym razem, jak ta ćma do światła, czytając o innych, ponoć dobrze działających, produktach tej marki, instyktownie mam ochotę po nie sięgnąć.

Z balsamem do ciała była dokładnie taka sama sytuacja -  przeczytałam kilka pozytywnych opinii, oczka się zaświeciły, więc zakupy zostały dokonane ;) Tutaj muszę dać plusa za spory wybór pojemności, nieczęsto się to zdarza. Zdecydowałam się na 125 ml, bo nie wychodziło drogo (£18), a idzie to całkiem szybko zużyć.

Samo opakowanie balsamu bardzo mi sie podoba - przezroczysta butelka, prosta etykieta, całość bardzo ładnie się prezentuje. Balsam, jak widać, ma żółtawy kolor, dość gęstą konsystencję, dlatego trochę trzeba się namęczyć z wyciśnięciem go z butelki (tutaj zdecydowanie mamy przewagę wyglądu nad praktycznością). Można również nabyć balsam w słoiku, co zdecydowanie ułatwi wydobywanie produktu. Zapach jest praktycznie niewyczuwalny, więc nie ma obaw, że prędko się znudzi, lub zacznie denerwować.

Działanie jest dobre, aczkolwiek na pewno nie "cudowne" jak to nieraz czytałam. Owszem, balsam dobrze radzi sobie z suchą skórą, chociaż w sytuacji, gdy jest bardzo źle, to potrzebuje kilku aplikacji, żeby porządnie ją nawilżyć. Niestety, nie utrzymuje dobrego stanu skóry - jeśli nie nałożę go przez, powiedzmy, 2 dni, to znów zaczyna się przesuszać. Także posiadaczkom bardzo suchej skóry niekoniecznie go polecam. Nie zauważyłam również  efektu "rozjaśnienia" bo i z czymś takim się spotkałam. Nie posiada on żadnych drobinek, więc nie rozumiem skąd to skojarzenie. Owszem, skóra wygląda lepiej, dobrze odbija światło gdy jest gładka i nawilżona, ale można taki efekt osiągnąć każdym dobrym balsamem, nie czarujmy się już ;)

Widziałam jeszcze wersję przypominającą mus, trochę lżejszą, więc możliwe, że w przyszłości po nią sięgnę. Oryginalna konsystencja może i jest przyjemna, ale na dłuższą metę sprawdza się jak inne, podobne, balsamy nawilżające. Czy warto wydawać na niego więcej niż ogólnie dostępne produkty? Według mnie niekoniecznie, natomiast jeśli zależy Wam na ładnym wyglądzie, to dlaczego nie (wersja dla oszczędnych: przelać do butelki z Kiehl's inny produkt, od razu pomieszczenie + zdjęcia ładniej wyglądają). Balsam dostępny jest w pojemnościach i cenach: 75ml/£9, 125ml/£18, 250ml/£28, 500ml/£47.

Znacie balsam Kiehl's?

Produkty pod oczy: Beorganic & Clinique


Kosmetyki do okolic oczu to stały element w mojej pielęgnacji od lat. Nie będę się już rozwodzić nad stanem mojej skóry, bo nieraz o tym pisałam. Od jakiegoś czasu używam dwóch produktów pod oczy (mam jeszcze Resibo, ale uwzględnię go w osobnej recenzji): jeden jest naszą rodzimą marką, drugi jest jednym z bardziej znanych kosmetyków pod oczy. Czy są warte zakupu?


BeOrganic to polska marka naturalnych kosmetyków aptecznych, o bardzo przystépnych cenach. Przeczytałam bardzo pochwalny post  na temat serum na instagramie Magdy. Na moje szczęście, serum jest łatwo dostępne w angielskich drogeriach internetowych. Produkt zapakowany jest w plastikowym opakowaniu z pompką. Na pierwszy rzut oka byłam wielce uradowana tym faktem, niestety okazało się, że działa ona w niemożliwie drażniący sposób - nie da się regulować ilości wyciśniętego produktu, za każdym naciśnięciem, z opakowania wydobywa sie za dużo kosmetyku. Na tyle dużo, ze po rozsmarowaniu sporej ilości pod oczami, na dłoni zostaje nam drugie tyle. Zaczełam więc nakładać je na szyje - może i się nie marnuje, ale jednak chciałam stosować je tylko w przeznaczonym miejscu....no cóż, mała rzecz, a wadzi.

Konsystencja jest lekka, dosyć rzadka, ale nie spływająca. Bardzo szybko wchłania się w skóre, kilka razy nawet zastanawiałam się, czy nałożyłam wystarczającą ilość. W zamierzeniu serum ma nawilżać skóre, rozjasniać ją, i spłycać zmarszczki. Powiem szczerze, że byłam sceptycznie nastawiona, głównie przez lekkość produktu, jednak, ku mojemu zaskoczeniu, działa! Używam go zamiennie na dzień i na noc. Po nocy skóra jest rozjaśniona, wiadomo, że nie zlikwiduje cieni jak moje, ale zdecydowanie sprawia, ze oczy wygladaja na mniej zmęczone, nie uświadczymy żadnej opuchlizny, a i skóra jest miękka i nawilżona. 
W ciągu dnia sprawdza sie równie dobrze - nie roluje sie pod makijażem, sprawia, ze skóra jest gładsza, a korektor nie wchodzi w zmarszczki tak bardzo, jak w przypadku innych, często lżejszych, kremów. Efekt liftingu pojawia sie po kilku minutach - lekkie napięcie skóry, ktore jednak nie jest nieprzyjemne, i dość szybko znika. Generalnie jestem bardzo zadowolona z działania.

Clinique All About Eyes w wersji rich nie trzeba nikomu przedstawiać. Internet jest pełen pochlebnych recenzji obydwu wersji, jednak ja, oczywiście, wybrłam tę bogatszą. Mamy tutaj mały, szklany słoik, który pięknie się prezentuje (komu się może nie spodobać ten cudowny odcień różu ;)). Sam krem ma o wiele gęstszą konsystencją, przez co potrzebna jest nam niewielka ilość. Nie ma potrzeby rozgrzewania go między palcami, co nieraz jest wymagane przy bardzo gęstych produktach, ale ja to już chyba robię z przyzwyczajenia. Krem po nałożeniu na skórę potrzebuje o wiele więcej czasu na wchłonięcie, jednak sprawia, że staje się bardzo gładka i miękka. Świetnie wnika w zmarszczki, sprawia, że skóra pod oczami wyglada o wiele lepiej, jaśniej. Nie likwiduje szkód poczynionych przez wiek i genetykę (wielka szkoda!), ale zdecydowanie poprawia jej nawilżenie, a dzięki temu każdy makijaż lepiej się trzyma, nawet po całym dniu

 Obydwa kosmetyki mają dosyć trudne zadania w moim przypadku, ale wychodzą z tego obronną ręką. Nie zależy mi na rozjaśnieniu cieni, bo mam za głęboko osadzone oczy, i tylko medycyna estetyczna pomogłaby na to, ale jeśli dzięki kremom skóra jest gładsza, lepiej nawilżona, i chociaż trochę jaśniej wygląda, to i tak jestem zadowolona. U mnie sprawdzają się tylko mocni zawodnicy, dlatego ważne, by krem (zwłaszcza na noc) miał gęstą konsystencję, i otulał skórę, tylko wtedy czuję, że coś robi. Niemniej z obydwóch produktów jestem bardzo zadowolona, chociaż serum jest zdecydowanie lżejsze w konsystencji, to świetnie się sprawdza, i czuję, że jeszcze do niego wrócę.

Możecie polecić jakieś mocno nawilżające kremy pod oczy

Nuxe, Huile Prodigieuse - suchy olejek


Ten kosmetyk chyba nie trzeba nikomu przedstawiać – jest to najpopularniejszy olejek, którym wszyscy zachwycają się od bardzo dawna . Jak to u mnie bywa, dosyć późno miałam okazję się przekonać, czy te wszystkie pochwały mają w ogóle odzwierciedlenie w rzeczywistości.
Nie jestem pewna kiedy dokładnie go dostałam, było to rozdanie na czyimś blogu, ale mineło tyle lat od tego momentu, że naprawdę cięzko jest mi przytoczyć dokładną datę. Od otwarcia mamy rok na zużycie. 

Oczywiście najbardziej charakterystyczną, i najczęściej zachwalaną cechą tego olejku jest zapach. Piękny, intensywny, słodki. Nie wiem, czy byłabym w stanie używać go w postaci perfum, przez dłuższy czas. Wyobrażam sobie, że jego bardziej skondensowana postać stałaby się trochę przytłaczająca, wręcz mdła. W formie olejku, zapach jest wyczuwalny, ale wiadomo, że nie jest to tak intensywne jak perfumy, poza tym dosyć szybko się ulatnia.
W kwestii pielęgnacji skóry mamy tutaj dobre i złe strony – bardzo zaskoczył mnie fakt, że faktycznie jest to „suchy olejek”, nie ma tutaj tłustości, ciężkości, nic się nie lepi. Potrzebuje tylko kilku minut na wchłonięcie się, ale nie wiem czy bezpiecznym byłoby nałożenie białych ubrań bezpośrednio po aplikacji.


Używałam go głównie w okresie letnim, gdy moja skóra nie miała większych problemów z suchością, i wtedy sprawdzał się znakomicie – wygładzał ją, nawilżał, rozświetlał, łagodził zaczerwienienia. Nie nadawał aż takiej miękkości jak masło do ciała, ale ciężko tego od niego wymagać. Niestety, teraz w zimie, gdy moje nogi stają się czasami suche jak wiór, nie radzi sobie, nawet regularne nakładanie nie jest w stanie poprawić kondycji skóry. Musiałam wrócić do sprawdzonych maseł The Body Shop, chociaż nieraz rankiem zdarza mi się zaaplikować Nuxe.
Dostępna jest również wersja o ciemniejszym kolorze, z zawartością drobinek, która pięknie podkreśla opaloną skórę na nogach – wbrew pozorom nawet blade nogi wyglądają z nim lepiej ;)

Wersja, która posiadam zawiera 50 ml, które zapewne wystarczy mi na rok używania – z przerwami w okresie zimowym. Olejek można kupić za około £11/50ml, lub £29/100 ml.